USA i Rosja wkrótce mogą zostać strategicznymi sojusznikami

slate.com
Kiedy Trump w czasie kampanii wyborczej wyrażaj się ciepło o Władimirze Putinie, większość komentatorów zrzucało to na karb chęci zwrócenia na siebie uwagi i czysto PR-owej kalkulacji. Kiedy Prezydent Rosji odwzajemniał te uprzejmości poczytywano to za chęć destabilizacji politycznej sytuacji w USA. Ale dziś na chwilę przed ostatecznym zaprzysiężeniem Donalda Trumpa widać, że żadna z tych deklaracji nie musi być czczą, a w niedalekiej przyszłości możemy stać się świadkami sojuszu, jakiego nigdy nie dopuszczaliśmy do świadomości.

Z żalem przyznaję, że niedostatecznie dużo uwagi zwraca się w polskiej przestrzeni publicystycznej kwestiom geopolitycznym, których, pozornie odległe horyzonty mają bezpośredni wpływ na naszą sytuację. Najważniejszym elementem geopolitycznej gry toczącej się od kilku lat jest tzw. pivot na Pacyfik. Ta ogłoszona po kryzysie lat 2008-2009 polityka USA, ma na celu skoncentrowanie uwagi politycznej, gospodarczej i militarnej w rejonie Zachodniego Pacyfiku, czyli wokół wybrzeży Chin, oraz Morza Południowochińskiego, przez które rocznie dokonuje się 70% światowego handlu. Podczas gdy Stany Zjednoczone zajęte były konfliktami na Bliskim Wschodzie oraz reanimowaniem sytuacji ekonomicznej, druga co do wielkość gospodarka świata zauważyła szansę na przejęcie dominacji gospodarczej w skali całego globu. Od czasu upadku ZSRR kiedy USA stały się jedynym mocarstwem, a jednocześnie otwierając Chinom możliwość do światowego systemu handlowego, straciły czujność, ignorując dane o bezprecedensowym wzroście gospodarczym Chin, jaki następował od początku lat 90. W międzyczasie to waśnie Chiny zostały największym wierzycielem USA, stały się członkiem WTO, a juan został jedną z walut rezerwowych Międzynarodowego Funduszu Walutowego (obok dolara, funta sterlinga, euro i jena).



Wymiar gospodarczy rywalizacji jest potęgowany budowaniem przez chińczyków potężnej nowoczesnej armii, w tym zdolności bojowych do zwalczania lotniskowców, które są największym atutem Amerykanów jako potęgi militarnej. Ponadto wciąż trwa systematyczna budowa sztucznych wysp wokół chińskich wybrzeży, która wywołuje zaniepokojenie sojuszników USA, ze względu na fakt, iż ich podstawowym celem jest osadzanie na nich baz wojskowych oraz pasów startowych dla myśliwców. Nie oznacza to jednak, że konflikt zbrojny jest nadrzędnym celem w rywalizacji między mocarstwami, nie mniej jednak potęga militarna stanowi kluczowy element tej gry.

W związku z ogromnym terytorium Chin, największą liczebnością ludności, a co za tym idzie armii, USA potrzebuje w tej rozgrywce sojusznika, który przeciwważyłby możliwości manewrowe Chin od strony lądu. Najlepszym kandydatem do tego miana jawi się Rosja. Po pierwsze wbrew ogólnym przekonaniom, iż oba reżimy są do siebie podobne w związku z czym genetycznie wręcz powinny być wobec siebie przyjacielskie, to właśnie bezpośrednie sąsiedztwo tak silnych systemów politycznych tak ogromnych państw, stawia je w naturalnym antagonizmie, który wyrażany jest ostrożną wzajemną polityką i ciągłym szachowaniu na wielu poziomach. Rosja granicząca z Chinami jako największym mocarstwem byłaby zagrożona ich wpływami i musiałaby podporządkować im szereg interesów. Po wtóre wyważenie sił między USA a Chinami, gdzie Ameryka kontroluje większość światowych złóż surowców, na których brak Chiny chronicznie cierpią, dałaby Rosji lepszą kartę przetargową w negocjacjach umów handlowych z Państwem Środka. Po trzecie Rosja prowadzi obecnie dość angażującą kampanię zbrojną w Syrii, na terenie, której znajdują się kluczowe ciągi infrastruktury przesyłowej dla gazu w kierunku Europy.

Dla Stanów Zjednoczonych z kolei rywalizacja o dominację z Chinami jest absolutnym priorytetem. Bez względu na składane w naszym i sąsiadujących z nami państwach, deklaracje, Europa z chwilą upadku ZSRR przestała być oczkiem w głowie Wielkiego Brata. Za przykład niech posłużą liczby. W latach 50. w Europie stacjonowało 450 tys. amerykańskich żołnierzy, tuż po zakończeniu zimnej wojny – 213, tys, w roku 1993 kontyngent skurczył się do 112 tys., a obecnie przebywa ich ponad 60 tysięcy. W międzyczasie wzmacniane zostają bazy na Pacyfiku i wyspach wokół wschodnich wybrzeży Azji. Rozmowa telefoniczna jaka odbyła się kilka dni temu między Trumpem a Prezydent Taiwanu stanowi jasny sygnał dla zaostrzenia kursu wobec Chin. Taiwan do tej pory w świetle prawa międzynarodowego nie został uznany jako państwo i jest solą w oku dla Pekinu, który konsekwentnie powtarza narrację o jednych Chinach. Gest Trampa był więc niemal dyplomatycznym policzkiem, dla kraju, który nigdy nie zrezygnował ze swoich historycznych roszczeń do wyspy.

W wymiarze europejskim nauczką też niech będzie aneksja Krymu, która pomimo sankcji nie została w żaden sposób zrewidowana przez władze na Kremlu. Stanowcza odmowa dowództwa NATO na ulokowanie stałych baz w naszym rejonie jest kolejną przesłanką dla tezy, iż tzw. „nowa zimna wojna” nie jest wcale wojną, a jedynie taktycznym przegrupowywaniem sił i wpływów.

Układ sił na arenie międzynarodowej się zmienia. Stany Zjednoczone już nie są tym czym były na początku lat 90. Nie są też tym samym Chiny, a postrzeganie Rosji przez naszego największego sojusznika w tym dynamicznym układzie może może nas wprawić wkrótce w bolesne osłupienie.
Trwa ładowanie komentarzy...