O autorze
Zawodowo zajmuję się lobbingiem w instytucjach europejskich. Prywatnie fascynuje mnie tworzenie muzyki (soundcloud.com/artlantice) oraz Europa Wschodnia. Dzięki temu słyszę więcej...

Pic na wodę fotomontaż

Agencja Gazeta
Jadą. Poważni, zamyśleni jakby, tajemniczy. A wokół nich kwiat polskiego dziennikarstwa podsuwa im mikrofony, wyciąga każdy przecinek, omiata kamerami. Aparaty cykają niczym świerszcze na płonącym torfowisku. Zrobiła się afera. Afera powtarzam. Nie jakieś tam 2 miliardy złotych, tysiące nauczycieli bez pracy, czy nie daj Bóg, ręczne sterowanie sądami. Syndykat partyjny będzie osądzał sprawę, wydaje się oczywistą – brak kompetencji jakiegoś Misiewicza. Kukurydza przestała dobijać się do pokrywki, zaczynamy!

To może od końca. „Komisja po wnikliwej analizie postępowania Pana Bartłomieja Misiewicza całkowicie negatywnie oceniła jego postawę. W związku z tym Prawo i Sprawiedliwość stwierdza, że Pan Bartłomiej Misiewicz nie ma kwalifikacji do pełnienia funkcji w sferze administracji publicznej, spółkach Skarbu Państwa czy innych sferach życia publicznego.” Serio? Co Wy, chciałoby się zapytać, gazet nie czytacie? Ale nie to jest w tym krótkim komunikacie najbardziej zastanawiające. Otóż Suwerenie to nie brak doświadczenia, ogłady, zdolności krytycznego myślenia, specjalistycznej wiedzy w zakresie obronności czy uzbrojenia, ale fakt, że Komisja (cokolwiek to znaczy) negatywnie oceniła jego postawę jest podstawą do wydania werdyktu o braku kwalifikacji delikwenta. Cuda, cuuudaaa! Lekarzu, kierowco autobusu, kontrolerze lotów - dajcie spokój już z tymi książkami, godzinami praktyk, czy nieprzespanymi nocami. Kwalifikacje zostaną Wam przyznane jeśli tylko jakaś „Komisja” złożona z partyjnych dętologów oceni Waszą postawę POZYTYWNIE. Nota bene kiedy lampy błyskowe grzały się w oczekiwaniu na kolejną serię strzałów na Nowogrodzkiej, Minister Sprawiedliwości przyznał sobie kompetencje nominowania dyrektorów sądów. Takiego tempa jeszcze chyba historia precedensu nie znała.




I cała ta nadmuchana, niczym buziuchna czwartkowego bohatera w piątkowy wieczór na Podlasiu, sprawa miałaby być dowodem na umiejętność, jak wskazał MC konferencji prasowej, Brudziński, powiedzenia przez PiS przepraszam. Szkoda, że teraz, bo tym wszystkim pokiereszowanym, Bogu ducha winnym kierowcom, mającym wątpliwą przyjemność jechać zgodnie z trajektorią chyba inercji bardziej niż kontrolowanej jazdy, limuzyn rządowych też miło byłoby usłyszeć takie słowo po wygramoleniu się spod wystrzelonej poduszki powietrznej.

I cała ta poważna, niczym eksperymenty Wiesława Biniendy, sprawa ma pozostawić w nas poczucie, że Misiewicz jest jakimś problemem, z którym bohatersko postanowiono się rozprawić w trybie zaprzysiężenia sędziów TK.

A jednak i konferencja prasowa i gotowe dokumenty dla prasy i zmasowany monolityczny medialny przekaz sprawiają, że można poczuć się jak w Milczeniu Owiec. Czytając decyzję podpisaną przez samego Prezesa, gdzieś na marginesie pojawiać się zdaje krótka adnotacja doktora Lectera: „czy przypadkowość jego poczynań nie wydaje ci się rozpaczliwie przypadkowa, jak przesadnie wydumane kłamstwo.”? Hmmm?
Trwa ładowanie komentarzy...